Ads 468x60px

Featured Posts

niedziela, 6 listopada 2016

Anne Tyler "Dziewczyna jak ocet. Poskromienie złośnicy" - a ja lubię ocet



Wydawnictwo Dolnośląskie
Tytuł oryginału: Vineagar Girl. The Taming of the Shrew rotold
Tłumaczenie: Łukasz Małecki
Data premiery: 15.06.2016
Liczba stron: 240
Cena: 37 zł
O projekcie szekspirowskim zapewne słyszała już większość regularnie czytających. Można się spierać o sens pisania na nowo opowieści wielkiego dramatopisarza, choć nie można zaprzeczyć, że mają one charakter uniwersalny, a i obecność wśród uczestników projektu zacnych nazwisk stanowi niejaką zachętę, nie mówiąc o ciekawości, jak z zadanym tematem poradzą sobie współcześni pisarze.
Anne Tyler wzięła na tapetę „Poskromienie złośnicy”, komedię, która w dzisiejszych czasach, gdy aranżowane małżeństwa w zachodnich społeczeństwach należą do przeszłości, wydaje się nieco anachroniczna. Autorka poradziła sobie z przekuciem tego wątku na potrzeby projektu całkiem zgrabnie – aranżowane małżeństwa może w zachodnich cywilizacjach już nie występują, ale fikcyjne małżeństwa zawierane dla pozyskania statusu pobytu w bogatych krajach Europy lub w USA już tak.
Doktor Battista, lekko zwariowany i odrealniony naukowiec samotnie wychowujący córki (wychowujący, dobre sobie, wszak starsza, Katherine, ma już trzydziestkę, mimo to nadal mieszka z ojcem i młodszą siostrą), popada w trudną sytuację. Otóż jego wyjątkowo utalentowany asystent, cudzoziemiec Piotr Szczerbakow, bez którego dalsze prowadzenie projektu badawczego będzie niemożliwe, znajduje się o krok od deportacji – ot, kończy mu się wiza. By zapobiec zawodowej katastrofie, Battista wpada na szalony (choć w jego oczach jedynie słuszny) pomysł, by wyswatać własną córkę z zagranicznym asystentem i tym samym upiec na jednym ogniu dwie pieczenie: małżeństwo rozwiązałoby problem dalszego istnienia projektu i trudnej córki, która jakoś nie kwapi się do tego, by usystematyzować swoje życie osobiste. Pomysł to iście szatański, i z góry zapowiadający wystąpienie całego szeregu trudności, nieporozumień, konfliktów i pomyłek – czyli znakomicie wróżący tej powieści.
Sama postać Katherine udała się znakomicie, choć ja sama nie określiłabym jej mianem „dziewczyny jak ocet”, na to jej relacje z otoczeniem były mimo wszystko zbyt układne. Katherine, pracująca w przedszkolu, jednak najlepiej czująca się w samotności, odnajdująca spokój i ukojenie w kontakcie z przyrodą, z upodobaniem kopiąca w grządkach i zagonach, jest nieodrodną córką swego ojca, i jak on, jest trochę nie z tego świata. Nieprzystosowana, powiedzielibyśmy dzisiaj. Nie do końca żyjąca zgodnie z oczekiwaniami społeczeństwa, dziwna, niekontaktowa. I z miejsca budząca sympatię. Podobnie zresztą jak jej oponent, równie cudaczny asystent Szczerbakow, który na skutek niedoskonałej znajomości języka i tubylczych kulturowych kodów nieustannie popełnia słowne i sytuacyjne gafy.
Jest w tym wszystkim wielki potencjał na świetną komedię i rzeczywiście, są tu sceny, które wywołują uśmiech na ustach czytelnika. Znakomite jest zderzenie dwóch odmiennych kultur, świetne są językowe wpadki i drobne nieporozumienia, jakie doskonale zna z autopsji każdy, kto jako tako opanował język, jednak nie do końca zna językową rzeczywistość i próbuje radzić sobie w obcym kraju. I to chyba największy plus tej książki.
Mniej udany jest finał, opowiedziany po łebkach, w naprędce, jakby autorce zabrakło pary na coś więcej, a cała historia na siłę musiała znaleźć jakieś zakończenie. Wydaje się, że można było zrobić z tego więcej. Opis na okładce sugeruje również, że esencją tej opowieści jest pytanie, czy współczesna, niezależna kobieta jest w stanie poświęcić się dla mężczyzny. Ja tutaj nie znalazłam ani niezależnej kobiety, ani poświęcenia dla mężczyzny. Jest to raczej historia nieprzystosowania, odmienności i poszukiwania własnej drogi w społeczeństwie, które oczekuje od nas podążania utartymi szlakami i określonych, z góry ustalonych zachowań. I miłości takiej właśnie dwójki odmieńców – miłości nieoczekiwanej i nieoczywistej, ale jednak miłości.
Krotochwilna, sympatyczna opowieść, zostawiająca jednak po sobie pewne uczucie niedosytu.

Pierwsze zdanie: "Kate Battista pracowała w ogrodzie, kiedy w kuchni zabrzęczał telefon."
Gdzie i kiedy: Baltimore, współcześnie
W dwóch słowach: kwaśno-słodka
Dla kogo: dla fanów Szekspira, osób śledzących aktualne literackie wydarzenia, miłośników komedii sytuacyjnych
Ciepło / zimno: 76°


czwartek, 27 października 2016

Mamut jesienny



Mamut jesienny upolowany. Pora na gromadzenie zimowego tłuszczyku, toteż i zwierz tłuściejszy, nóżki ma krótsze, za to samarkę pokaźną. Jak zwykle pokazuję tylko mamuta namacalnego, bowiem te wirtualne to normalnie już co drugi dzień mi wlatują do domu, takie lekkuchne są, frywolne, rozbrykane. Ale co wam tam będę wirtualne mamuty pokazywać. Mamut ma być wielki, ciężki, ma mieć swoją woń i teksturę.

No to przystąpmy do rozbierania tuszki.


Na pierwszy ogień niech pójdzie sadło i łapy. Tak się jakoś złożyło, że to sami polscy kryminaliści, i same jesienne nowości: i nowy Czubaj, i kupiona zupełnie w ciemno "Aorta" (brzuszna!), jest kolejna Szczupaczyńska, wyczekana nowa Fryczkowska i równie wyczekany Chmielarz. A wszystko to w barwach rzeźniczych, purpura z bielą, wymieszana z szarościami. Pozytywnie zaznaczyć należy brak romantycznych okładkowych dziewoi, no, chyba że panią Szczupaczyńską wliczymy do wspomnianego nurtu i przymkniemy oko na nóżki pomykające po schodach osiedla marzeń. Sama nie wiem, na którą z tych lektur cieszę się najbardziej. Gdyby nie niebezpieczeństwo, że z kretesem poplączę wątki, bohaterów i trupy, do bym czytała w koło macieju, po pół godzinki każdej.


Nie samym sadłem człowiek żyje, trzeba też coś zrobić dla intelektu. Tym razem grzbiet, ogonek i łepetynka wyszły bardzo światowo, a ja po części rzuciłam się na nowości (Ostatnie słowo i Sympatyk), po części zaś uzupełniłam braki, dorzucając książki, które zawsze chciałam przeczytać, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie. Przy czym Ulicka jest częścią planowanego przeze mnie projektu, o którym wkrótce napiszę trochę więcej, i który powoli zaczyna się konkretyzować, a nawet stawać się ciałem. Zwróćcie uwagę na japoński ogonek. Jakoś mnie tak wzięło na japońszczyznę i zamierzam co nieco zgłębić współczesną japońską literaturę.


I na koniec serduszko, czyli coś, na co cieszę się najbardziej. Zbiór wywiadów Adama Pluszki z tłumaczami zatytułowany finezyjnie "Wte i wewte". Jest Świerkocki, jest Cholewa, jest Łukasiewicz i Braiter, właściwie niemal cały współczesny tłumacki panteon. Niektóre z wywiadów już czytałam na łamach dwutygodnika.com, ale tu jest ich więcej, tu można do nich wracać - i chłonąć. Polecam nie tylko tłumaczom. A właściwie wszystkim, którzy czytają. I to nie tylko przekłady.

Tak, wiem, ten mamut to zapchajdziura. Ale pomyślałam sobie, że zapcham tę ziejącą już dziurę w blogu, prowizorycznie chociaż, byle do końca miesiąca. Bo po dedlajnie będzie... kolejny dedlajn, ale to dopiero pod koniec grudnia. A w międzyczasie, zanim koniec grudnia zacznie się zbliżać wielkimi krokami, wprawiając mnie w postępującą panikę, zamierzam uraczyć was paroma recenzjami (nie wszystkie będą pozytywne, o nie!), a także wspomnianym już projektem, w którym upraszać się będzie o wasze wielkie wsparcie. Ale szczegóły to już po dedlajnie. A teraz idę pieścić. Mój przekład, oczywiście, a wy co sobie myśleliście?...

czwartek, 1 września 2016

Henning Mankell "Włoskie buty" czyli stary człowiek i morze


Wydawnictwo: WAB
Tytuł oryginału: Italienska skor
Tłumaczenie: Ewa Wojciechowska
Data wydania: 11.09.2013
Liczba stron: 348
Cena: 39,90 zł

Już pierwsze zdanie tej powieści zdradza sporo o tym, co czeka czytelnika. Tak, będzie tu o samotności i o chłodzie. Jeśli wziąć do tego tytuł - z czym się kojarzą włoskie buty? Z fantazją, niepraktycznością, szczyptą szaleństwa - to właściwie będziemy już mieli wyjaśnienie tej książki.

Henning Mankell wyprowadził kryminał z cienistej doliny, w której gatunek ten przez dziesięciolecia krył się w szmirowatym półmroku, i sprawił, że nie wstyd przyznawać się do niego nawet na salonach. Ustanowił standardy skandynawskiego mroku i już chyba na zawsze kojarzony będzie właśnie z nim. A przecież cykl z Wallanderem był ledwie częścią jego twórczości, choć to właśnie on przyniósł mu sławę i pieniądze. Napisał znacznie więcej niż tych kilka kryminalnych tomów, sporo pisał o Afryce, która stała się dla niego drugą ojczyzną. W Polsce ten "inny" Mankell jest niemal nieznany.

O czym więc pisze Mankell, jeśli nie pisze o Wallanderze lub Afryce? O samotności, chłodzie i włoskich butach. Frank Welin, emerytowany chirurg, mieszka samotnie na szkierze, skalistej wysepce u wybrzeży Szwecji. Jego życie sprowadza się do zapisywania w dzienniku nieistotnych szczegółów dotyczących pogody, codziennych kąpieli w morzu (zimą w przeręblu) i zwykłych rutynowych czynności. Jest stary, zgorzkniały, pusty w środku. Już nie czeka na coś, co jeszcze się wydarzy. Właściwie nie czeka już na nic, może poza śmiercią. Aż pewnego zimowego dnia na lodzie skuwającym jego wysepkę pojawia kobieta. Niczym zjawa z przeszłości. I Welin początkowo rzeczywiście bierze ją za zjawę, za iluzję, jaką płata mu własny umysł. A jednak Harriett, stara, schorowana kobieta z balkonikiem odnalazła go naprawdę. I wypełniła pustkę codzienności zgaszonego starca zamętem. I szczyptą szaleństwa.

Harriet jest kobietą, którą Welin kiedyś kochał, i którą z niezrozumiałych przyczyn porzucił. I nigdy do niej nie wrócił. Teraz, po latach, kiedy to ona odnalazła go na odludziu, stary chirurg z równie zniezrozumiałych powodów wita zmiany, jakie niesie jej powrót i udaje się w szaleńczo-groteskową podróż. Wyprawa ta okaże się przedsięwzięciem smutnym, rozpaczliwym, ale i osobliwie fascynującym i wniesie w pustelnicze życie Welina jeszcze większe zmiany, przed którymi stary odludek nie będzie ani potrafił, ani chciał się obronić.

Wspaniała jest ta przemiana, jaka zachodzi w Fredriku. Przypatrywanie się zamrożonej duszy, wystawionej na działanie ożywczego słońca, jest wciągające jak śledzenie oznak budzącej się z zimowego letargu przyrody. Z fascynacją patrzymy, jak wytrącony z codzienniej rutyny Welin ulega niezwykłej kobiecie, spełnia jej obietnicę i zmuszony zostaje do rozliczenia się z własną przeszłością. Opowieści tej nie sposób odmówić pewnego magnetyzmu. I tylko na samym jej końcu odczujemy pewien dyskomfort, kiedy okaże się, że autor przez cały czas prowadził nas za rękę, nie pozwalając ani na moment zboczyć z wytyczonego przez niego szlaku. Tu i ówdzie poustawiał też drogowskazy z wielkimi napisami, niepozostawiające wątpliwości, dokąd mamy się udać. A czasem nawet stał na rozdrożu i machał ręką, żeby wybrać właściwą odnogę. A ja lubię sobie pobłądzić i samej odnaleźć właściwą drogę. A niekiedy lubię skręcić na bezdroża. Lub pójść pod prąd. Bo kto powiedział, że jest tylko jeden właściwy szlak?

Tak, włoskie buty są czymś finezyjnym, szalonym, cholernie niepraktycznym na skalistej szwedzkiej wysepce zimą. Te robione na miarę są piękne, mają miękką maślaną skórkę i są tak wygodnie, że nie wcale nie czuć ich na stopach. Ale bywa, że są trochę kiczowate.


Pierwsze zdanie: "Zawsze czuję się bardziej samotny, kiedy jest zimno."
Gdzie i kiedy: szwedzki szkier, współcześnie
W dwóch słowach: skandynawski splin
Dla kogo: dla spragnionych skandynawskiej, przygnębiającej samotności, wielbicieli powieści drogi i włoskich butów
Ciepło / zimno: 72°

sobota, 27 sierpnia 2016

Till Raether "Fallwind" (Wiatr upadku) - o dobrym i złym wietrze



Wydawnictwo: rowohlt polaris
Seria: Adam Danowski tom 3
Data wydania: 22.07.2016
Liczba stron: 480
Cena: 14,99 €

Niedobrze jest być nadwrażliwcem. Kiedy cierpisz na szczególną postać sensoryzmu, polegającą na tym, że twój umysł, charakteryzujący się obniżonym progiem wrażliwości, nie radzi sobie z napływem bodźców, masz przechlapane. Jeśli w dodatku jesteś policjantem i twój pracodawca zna diagnozę tłumaczącą twoje dziwne zachowania w niektórych sytuacjach, masz przechlapane podwójnie. Jeśli o diagnozie dowiedzieli się koledzy i za twoimi plecami, a niekiedy i prosto w twarz pogardliwie mówią o tobie "mimoza", nie masz właściwie po co żyć.

Właściwie to ten pomysł na postać nie powinien funkcjonować. Masowe wyposażanie śledczych kryminalnych w rozmaite ułomności, dysfunkcje, felery i handicapy sprawia, że czytelnik tęskni już za zwyczajnym policjantem, który ma jakiś dom, rodzinę, trochę tylko niezwykłą pracę i koniecznie wielkie serce. Przesada, myśli. Hołdowanie modzie na dziwaczność. A jednak. A jednak coś jest w tej postaci, że wreszcie, po dwóch średnio udanych, przeładowanych wątkami tomach, zaczyna się czuć do tego balansującego na grani między normalnością a autyzmem faceta coś w rodzaju zrozumienia, a niekiedy wręcz sympatii. 

W trzecim tomie serii z Adamem Danowskim (nie, nasz śledczy nie jest Polakiem, nie ma nawet polskich korzeni, a jeśli już, to tkwią gdzieś bardzo głęboko i nawet sam autor ich jeszcze nie dostrzegł) wyrusza z Hamburga na północ, do chłostanej morskimi wiatrami pipidówy. Jego wyjazd właściwie jest pretekstowy, po tym, jak w dwóch poprzednich powieściach Danowski zawalił właściwie wszystko, co mógł zawalić i zadarł z każdą ważną personą w hamburskim policyjnym aparacie. Jego nowe zajęcie - profiling - ma go odsunąć od "żywego" śledztwa i tym samym chronić jego wrażliwą psychikę, a jednocześnie, o czym oczywiście nie mówi się oficjalnie, odstawić na boczny tor, gdzie nie będzie już mógł tyle bruździć. I Danowskiemu jest z tym wcale dobrze. Przybywa więc do Friederikenburga, niewielkiej miejscowości nad Morzem Wattowym, gdzie życie toczy się w osobliwym rytmie natury, w takt przypływów i odpływów. Miejscowa policja zgłosiła zapotrzebowanie na stworzenie profilu zabójcy i gwałciciela kobiety. Jej ciało, znalezione u stóp nieczynnej latarni morskiej, wykazuje obecność środka odurzającego wykorzystywanego w weterynarii, znaleziono również ślady nasienia. I żadnego punktu zaczepienia, DNA sprawcy nie widnieje w żadnych rejestrach. Danowski sporządza profil, zaleca przeprowadzenie masowego testu DNA wśród tubylców i właściwie prawie już wyjeżdża, ale... coś go przed tym powstrzymuje. Może świadomość, że odwala nikomu niepotrzebną fuszerkę, a może jego nieżyjąca od wielu lat matka, która w ostatnim czasie nie odstępuje go na krok, a może coś innego. 

Jest w tej powieści coś, co strasznie lubię. Taki rodzaj ironii, także autoironii (bo Danowski dysponuje całkiem pokaźną jej dozą), który sprawia, że w pozornie zwyczajnych scenach, postaciach i wątkach dostrzegamy pewien ukryty wymiar. Czasem będzie to dyskretna gra słów, czasem jakaś maleńka puenta na wygaszeniu sceny, czasem jakieś trafne spostrzeżenie na pograniczu absurdu. I za każdym razem to małe coś wywołuje uśmiech na twojej twarzy, i poczucie, że ten facet, który właściwie tylko pisze kryminały, nie tylko ma niezwykły dar obserwacji rzeczywistości, nie tylko jest zamaskowanym filozofem i poetą, ale w dodatku nadaje na tych samych falach co ty. I jeszcze wie, jak opowiedzieć o wyobcowaniu, samotności, odrzuceniu.

Mniej tutaj karkołomnych, niepotrzebnie poplątanych scen i wątków, które spokojnie mogły wyjść spod pióra amerykańskiego scenarzysty, więcej refleksji, spokojnego tempa i logiki. Raether odszedł od szpiegostwa i światowych spisków i udał się w kierunku skandynawskim, gdzie króluje mroczna, nordycka atmosfera, gdzie zbrodnia czyha w zakamarkach umysłów najbliższych i wcale nie jest spektakularna, drastyczna ani krwawa. I tylko na tym zyskał. Odnoszę wrażenie, że tutaj autor jest bardziej sobą, a jego bohaterowie plastyczniejsi, prawdziwsi i choć nadal dziwni, to w ten sympatyczny, ujmujący sposób. Wielki plus należy mu się za znakomitą konstrukcję powieści - nie sądziłam, że rozpoczęcie od finałowej, kulminacyjnej sceny wcale nie okaże się strzałem w stopę. I jeszcze większy plus za wyważenie. Rzadko czyta się kryminały, gdzie napięcie, tempo i tło są tak doskonale wybalansowane. A intryga tak naprawdę wcale nie jest taka ważna. Ważne jest, co jest pod nią. 


Pierwsze zdanie: "Budząc się, myślał o martwych kobietach.*"
Gdzie i kiedy: Friederikenburg nad Morzem Północnym, współcześnie
W dwóch słowach: skóra słonia
Dla kogo: dla miłośników morza, wiatru, ukrytej ironii i bohaterów, którzy są inni niż inni
Ciepło / zimno: 74°

* Tłumaczenie własne.

sobota, 20 sierpnia 2016

Tony Parsons "Mit Zorn sie zu strafen" (Gniewem ich karać) - i pokarało...



Wydawnictwo: Bastei Lübbe
Seria Detective Max Wolfe 2
Tytuł oryginału: The Slaughter Man
Tłumaczenie na niemiecki: Dietmar Schmidt
Data wydania: grudzień 2015
Liczba stron: 317
Cena: 14,99 euro
Przyznam, tak, mam słabość do procedurali. Dobrze napisana klasyczna powieść kryminalna, osadzona w realiach współczesnego wielkiego miasta, wierność detalom, wgląd w pracę policji, bez upiększeń, nagość faktów, do tego wiarygodnie skonstruowana postać śledczego i zbrodnia, najlepiej niespektakularna, ale obnażająca mroczne zakątki ludzkich umysłów - i już. Nie trzeba wiele. Łatwo mnie złapać na lep takich perspektyw. Gorzej, gdy przynęta nęci mnie do towaru nie pierwszej świeżości.

A przy tym trzeba trzeźwo skonstatować, że dobrych procedurali jest coraz mniej. To, co jeszcze kilkanaście lat temu stanowiło trzon gatunku, teraz staje się rzadkością, rozmydlone mdłymi "thrillerami psychologicznymi", w których autorzy skupiają się nie na śledztwie, lecz na skomplikowanych, a jakże, przerażających i możliwe jak najbardziej dramatycznych przeżyciach bohatera - a właściwie najchętniej bohaterki, wszak czytelnicy tego gatunku to w większości kobiety, i to tak po czterdziestce. Ze świecą dziś szukać takich jak Harry Bosch, John Rebus, czy inny Harry, kontrowersyjny Harry Hole. Obrodziło zaś rozmaitymi "dziewczynami", zaginionymi w pociągu i odnalezionymi w ogniu. Czy trzeba się zatem dziwić, że jak ta spragniona dżdżu kania wychwytuję wszystko, co choć trochę przypominałoby wielkie, niezapomniane kryminalne serie?

I wydawałoby się, że seria z detektywem Maxem Wolfem spełni wszelkie pokładane w nią oczekiwania. Wyrazisty śledczy, na tyle "normalny", by pokochać go bez przeszkód, i dość pokręcony, by nie wywoływać mdłości. W dodatku ma słodką córeczkę Scout, którą wychowuje samotnie, ponieważ jej matka złą kobietą była i odeszła do innego, by z innym zachodzić w ciążę. Co ja mówię, ma w dodatku przesłodkiego pieska, o którego troszczy się z chwytającym za serce oddaniem. Nie od dziś wszak wiadomo, że dobrze rwie się laski na dzieci i szczenięta. Ale dość złośliwości, pan detektyw ma potencjał i sprawne pióro mogłoby wykreować go na obiekt wzdychów i pożądań większości czytelniczek kryminałów. 

Jest też i Londyn. Dla wielu miasto magiczne, miejsce ukochane przez artystów, gwiazdy, rozmaitych awangardowych pokręceńców, tygiel kultur, kolebka i tak dalej. Idealny setting dla kryminałów. Kolejne źródło, z którego można czerpać bez końca.

A więc detektyw i miejsce akcji - dwa wielkie plusy, które powinny zadziałać na korzyść powieści. Weźmy pod lupę samą zbrodnię. A ta jest z gatunku tych drastycznych. W sylwestrową noc zgładzona zostaje cała rodzina: ojciec, matka (dodatkowo brutalnie zgwałcona), dwoje nastoletnich dzieci. I dopiero po kilku godzinach od odkrycia jatki okazuje się, że nigdzie nie ma ciała trzeciego, dziecka, czteroletniego Bradleya. Śledztwo zmierza więc nie tylko w kierunku schwytania brutalnego zabójcy, ale i odnalezienia dziecka. Prędko wychodzą na jaw niepojęte szczegóły masakry - rodzinę wymordowano przy pomocy urządzenia do uboju bydła. Tak, Tony Parsons lubi zbrodnie krwawe, krzykliwe, szokujące. Nie inaczej było w pierwszym tomie tej serii, wydanym przez Albatrosa pod adekwatnym tytułem "Krwawa wyliczanka". Mamy więc nietypowe narzędzie zbrodni. Pierwsze, co się nasuwa, to sprawdzenie, czy kiedyś ktoś i zamordował w taki sposób. I bingo. Zamordował. A nawet odsiedział karę i niedawno wyszedł na wolność. Policja skupia się na osobie "rzeźnika"... I tu zaczynają się schody. Londyńska policja przypomina zgraję nieporadnych amatorów, a jej poczynania, żenująco idiotyczne i irytująco dyletanckie, pociągają za sobą jedną katastrofę za drugą. Autor uznał widać, że zbuduje napięcie pakując swych śledczych w coraz to gorsze tarapaty, zaś dzielnego detektywa Wolfe'a poddając coraz to bardziej nieprawdopodobnym próbom, z których, oczywista, wychodzi z niewielkim tylko szwankiem, jako ten Chrystus z martwych powstały, by karać złoczyńców tytułowym gniewem. I pięściami oraz pazurami, bo broni palnej jakoś w brytyjskiej policji nie mają. Litościwie pominę milczeniem scenę, w której czwórka nieuzbrojonych śledczych pakuje się do gniazda wyjątkowo agresywnych pedofili (sic!), nie mogąc oczywiście zaczekać na przybycie jednostki specjalnej. Podobnych jest tu więcej, a każda kolejna wywołuje coraz większe zdumienie i konsternację (really?!...). 

Jeśli dodamy do tego niewymowny patos, z jakim samotnie wychowujący tatuś przekonuje czytelników o swej nieskończonej miłości do córeczki (i pieska), to spokojnie możemy przyznać sobie medal za wytrwałość. Złoty! Bo doczytaliśmy do końca. I nawet nie rechotaliśmy podczas sceny wychodzenia z grobu (dosłownie. Ale przecież nie będziemy spoilerować).



Pierwsze zdanie: "Chłopca obudził krzyk ojca.*"
Gdzie i kiedy: Londyn, współcześnie
W dwóch słowach: napięcia i przegięcia
Dla kogo: dla miłośników Londynu, dobrego tempa i mało prawdopodobnych procedurali
Ciepło / zimno: 31°

* tłumaczenie moje na podstawie tekstu niemieckiego

środa, 10 sierpnia 2016

Denise Mina "Die tote Stunde" (Martwa godzina) - zimno i ponuro w Glasgow





Wydawnictwo: Heyne
Tytuł oryginału: The Dead Hour
Tłumaczenie na język niemiecki: Heike Schlatterer
Data wydania: 13.06.2016
Liczba stron: 448
Cena: € 9,99

W 1984, roku orwellowskim, miałam czternaście lat. Żyłam tym, czym zwykle żyją nastolatki, pierwszą miłością, szkołą, pierwszymi poważnymi lekturami (swoją drogą, pamiętacie, co czytaliście w wieku czternastu lat?). I choć to były lata po stanie wojennym, komuna, kojarzona już teraz tylko i wyłącznie z uciśnieniem, szarością i beznadzieją, to nie mam wrażenie, bym była nastolatką nieszczęśliwą. Się żyło. Się kochało. Się marzyło. Się chwytało szczęście, ulotne i kruche. Wszystko było możliwe, a świat czekał na to, by go poznać, okiełznać, przeżyć. Choć nie to nie był Zachód, dla wielu z nas równoznaczny z rajem. Nie Szkocja. Nie Glasgow.

Wydanie polskie, WAB 2009,
tłum. M. Świerkocki
Ten sam rok, Glasgow właśnie. Dwudziestojednoletnia Paddy Meehan jest starsza ode mnie o siedem lat. Dużo. Inny świat, inny wiek. Choć przecież też jest młoda, bardzo młoda. Czy jest szczęśliwa? Czy chwyta szczęście, ulotne i kruche? Raczej nie. Raczej próbuje stawiać czoła szarej i beznadziejnej rzeczywistości, która z rajem niewiele ma wspólnego. Margaret Thatcher u szczytu swej władzy, żelazną ręką ściska gospodarkę, szaleje bezrobocie, gospodarka jest na skraju zapaści, tysiące robotników trwają w bezczynności i marazmie, czekając, aż kryzys kiedyś może się skończy. Internet, telefonia komórkowa, portale społecznościowe to science fiction. Paddy pracuje dla lokalnej gazety "Scottish Daily News", jeździ  po mieście na nocnej zmianie, słucha policyjnego radia i podąża tropem drobnych przestępstw, wypadków, samobójstw, by opisać je nazajutrz w kronice kryminalnej. Przy odrobinie szczęścia trafi się jej zabójstwo. Wtedy będzie mogła napisać artykuł na trzysta słów. Nie zwolnią jej. Paddy jest jedyną osobą w jej licznej rodzinie, która w ogóle ma jeszcze źródło dochodów. Jest gruba. I ma romans z żonatym mężczyzną. I siostrę, która marzy o tym, by wstąpić do zakonu. 

Interwencja jak wiele innych: sąsiedzi wzywają policję, zaalarmowani krzykiem. Wszystko wskazuje na kolejny przypadek przemocy domowej. Kiedy Paddy dociera na miejsce, jest już tam policja. W drzwiach stoi mężczyzna, elegancki, spokojny, opanowany. Uspokaja, mówi, że to drobna kłótnia, konflikt został już zażegnany. Paddy dostrzega w środku kobietę. Jest zalana krwią. Ich spojrzenia spotykają się, kobieta nieznacznie kręci głową. Na odchodnym mężczyzna wciska Paddy pięćdziesięciofuntowy banknot, sugerując, że wiadomość o incydencie nie powinna znaleźć się na łamach gazety. Kiedy nazajutrz młoda dziennikarka dowiaduje się o martwym ciele kobiety, znalezionym pod tym adresem, wie, że popełniła błąd. 

Wyrzuty sumienia zagłusza, próbując naświetlić sprawę zbrodni. A nie ma łatwo. Do pokonania jest seksistowskie środowisko kolegów dziennikarzy, irytująca rodzina, skorumpowana, niechętna policja. Gruba i wiecznie zmęczona dziewczyna nie ma nadprzyrodzonych zdolności ani szczęścia, a jednak ma w sobie jakiś napęd, coś, co pozwala jej brnąć naprzód, wymijać rafy, zawijać od czasu do czasu do bezpiecznych przystani, i ruszać dalej swą drogą w świecie, w którym nie wynaleziono jeszcze feminizmu. Trudno jej kibicować, trudno odnaleźć w tej szarej mgle jakiś przebłysk nadziei, coś, czego warto by się uchwycić. Historię Paddy poznajemy na przemian z losami siostry zamordowanej kobiety, niegdyś prześlicznej Kate, teraz już tylko zeszmaconej, przeżartej kokainą ćpunki. I ten jej świat, ta jej droga, jest jeszcze bardziej mroczna, mglista i pozbawiona światła. 

Nie jest to lektura, która podniesie na duchu. Jako kryminał książka zdaje egzamin na tróję, intryga nie jest ani szczególnie ciekawa, ani wymagająca, ani trzymająca w napięciu. Jeśli jednak potraktować tę powieść jako bilet na podróż w czasie, to okaże się w pewien sposób interesująca. Portret Glasgow lat osiemdziesiątych może okazać się egzotyczny dla młodszych, urodzonych po tym czasie, portret środowiska dziennikarzy równie frapujący. Plusy przydzielamy za bohaterkę, obrażaną, wyszydzaną i niedocenianą, a jednak potrafiącą odnaleźć się w tym męskim, bezkompromisowym świecie. 



Pierwsze zdanie: "Paddy Meehan siedziała wygodnie na tylnym siedzeniu samochodu.*"
Gdzie i kiedy: Glasgow, 1984
W dwóch słowach: gorzka i zimna
Dla kogo: dla zaciekawionych portretem Szkocji lat osiemdziesiątych, nostalgików
Ciepło / zimno: 72°

* Tłumaczenie własne na podstawie przekładu niemieckiego.

sobota, 6 sierpnia 2016

Håkan Nesser "Die Lebenden und Toten von Winsford" (Żywi i umarli w Winsford) - kobieta, pies i ich tajemnice



Wydawnictwo: btb
Tytuł oryginału: Levande och döda i Winsford
Tłumaczenie na niemiecki: Paul Berf
Data wydania: wrzesień 2014
Liczba stron: 464
Cena: 19,99 euro

Mgła ściele się na wrzosowiskach, przenika przez ubranie, wkrada się w każdy zakątek, ścina chłodem ciało i kości, rozprasza mdłe światło. Ziemia stapia się z niebem, skądś z daleka dochodzi dziwne, metaliczne zawodzenie (wiatr?, pies?), na ustach i w duszy gromadzi się sól... Czujecie to? Południowo-zachodnie krańce Anglii, ten klimat, baskervile, heathclify i tak dalej. Nie, to nie angielska powieść z dreszczykiem, to najprawdziwszy "skandynaw", Håkan Nesser.

Nesser, filozof wśród kryminalnych autorów, coraz bardziej zbacza z klasycznych kryminalnych ścieżek i coraz bardziej ulega fascynacji tym nieodgadnionym elementem ludzkiej psychiki, który popycha nas do działań czasem niekonwencjonalnych, czasem niewytłumaczalnych, a niekiedy wręcz zbrodnicznych. I zboczenie to wychodzi mu, trzeba przyznać, znakomicie.

Okładka polskiego wydania
Oto w tej mgle, na granicy zmroku, pojawia się w niewielkiej osadzie na skraju angielskich wrzosowisk kobieta z psem. Jest cudzoziemką, później dowiadujemy się, że pochodzi ze Szwecji. Co ją sprowadza na to odludzie w listopadzie, gdy w okolice te nie zapuszczają się nawet najbardziej zatwardziali turyści? Ucieka? Szuka schronienia? Przed kim? Lub przed czym? Maria Anderson, niegdyś popularna prezenterka telewizyjna, teraz już tylko zmęczona kobieta z psem, wynajmuje na pół roku samotną chatę. Całymi dniami spaceruje z psem po wrzosowiskach, od czasu do czasu zachodzi do miejscowego pubu, ciekawskim mieszkańcom wsi opowiada, że jest złaknioną ciszy i spokoju pisarką, która w odosobnieniu chce zająć się pracą nad najnowszą książką. Krok po kroku dowiadujemy się, że nie jest to prawda. I że prawda ma coś wspólnego z mężem, którego nie ma u jej boku (dlaczego?), pisarzem i wykładowcą literatury. A także z pewnym incydentem na plaży w Międzyzdrojach. Prawda, która okazuje się szokująca i banalna zarazem.

I choć ta prawda zaszokuje, to nie o szokowanie tutaj chodzi. Jest to opowieść nieśpieszna, opierająca się na subtelnej grze nastrojów i domysłów, a jednocześnie znakomity psychologiczny portret głównej bohaterki, postaci niejednoznacznej i frapującej. Napędem nie jest tu nawarstwienie wydarzeń, wolty i spętlenie wątków, tylko tajemnica. Nie potrzeba akcji, drastycznych scen, by poczuć dreszcz emocji. Nie to jest ważne, co nazwane, lecz to, co niedopowiedziane. Powieść ta czerpie z tego, co pozostaje w ukryciu. Nesser zaskakuje jako autor nie tylko doskonale operujący zagadkami, atmosferą, ale i słowem. I czyni to z takim wysublimowaniem, z tak wielkim literackim kunsztem, że chciałoby się, by ta opowieść nigdy się nie skończyła. Tak, jako jeden z nielicznych w tym gatunku ewoluuje, wychodzi poza szablony, przełamuje stereotypy.

Jest rzeczą sporną, czy w ogóle mamy tu do czynienia z kryminałem. Na pewno nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. I dobrze, bo nie po raz pierwszy okazuje się, że najlepsze powieści powstają ze skrzyżowania gatunków, na pograniczu, w miejscu niezdefiniowanym i nieokreślonym. Nie etykietka jest zresztą istotna. Ważne, że Nesser opowiedział w tej książce świetną historię. I jak to zrobił. Chapeau bas.

Książka ukaże się wkrótce w wydawnictwie Czarna Owca.

Pierwsze zdanie: "Wczoraj postanowiłam przeżyć swojego psa*."
Gdzie i kiedy: Exmoor, wrzosowiska południowo-zachodniej Anglii, Sztokholm, współcześnie
W dwóch słowach: kobieta i pies
Dla kogo: dla miłośników subtelnego napięcia, wyrafinowanych psychogramów, mrocznej, niesamowitej atmosfery i kryminałów z literackimi aspiracjami
Ciepło / zimno: 98°

* tłumaczenie za wydaniem polskim